To co, że mamy 14 mln userów? To nadal mniej więcej tyle ile ma Twitter. Naszego Blipa i Flakera używa w sumie może ze 20-30 tysięcy osób?
Super, że nasza-klasa.pl czy fotka.pl mają wiele milionów zarejestrowanych użytkowników. Poza tymi przykładami, to co się dzieje w Internecie ciągle nie ma skali, która mogłaby być traktowana poważnie jako siła biznesowa lub polityczna.
W myślach porównuję nasz kraj do USA, gdzie takie narzędzia jak Twitter, czy Facebook mogą stać się ważnymi narzędziami w rękach np. kandydata na stanowisko prezydenta lub koncernu motoryzacyjnego z tradycjami.
Narzekam tak trochę z punktu widzenia marketera, który szuka nowych kanałów komunikacji i zazdrością podgląda kolegów zza oceanu…
Za mała skala, za mała istotność, za mały potencjalny wpływ na bieżącą działalność korporacji…
Panowie ewangelizujący blogi i inne „nowinki”! Przeciętny Brand manager w instytucji finansowej nie czyta żadnego bloga (po polsku lub po angielsku). Dla dyrektora marketingu w firmie FMCG bardziej istotne są flaszowe bajery na stronie produktowej, niż to, jak nowe media mogą zmienić relacje z konsumentami…
Widzę 2 (słownie: dwie) możliwości zmiany tego stanu rzeczy:
1. Zmiana warty. Stanowiska decyzyjne zajmą ludzie, którzy będą oswojeni z tym, że świat się zmienia, a innowacja jest integralnym elementem każdego biznesu.
2. Istotność nowych mediów w kontekście marki wzrośnie szybko i mocno. Wpływ i skala tego co będzie się dziać w Internecie nie będą mogły być ignorowane lub marginalizowane, bo będzie się to wiązało z wypadnięciem z gry.
Pewnie zdacie sobie pytanie (ja owszem, wielokrotnie): dlaczego tak niewiele korporacji podejmuje ryzyko, i szansę zarazem, zajęcia pierwszego miejsca w zmianach w komunikacji? Dlaczego tak niechętnie rozpoczynają naukę wygrywania w nowych mediach?
Do głowy przychodzi mi jedna odpowiedź. W słowach duńskiego filozofa S.Kirkegaarda:
Każdy chce rozwoju. Ale nikt nie chce zmian.