piątek, 25 kwietnia 2008

Przerwa web 2.0


Do 4 maja robie sobie przerwę od web 2.0. No może nie do końca. W efekcie konwergencji mediów, a konkretnie - synergii komórki i netu, będziecie mogli zobaczyć parę fotek z Dalmacji albo tu z prawej na widgecie z blipa, albo na moim blipie.

W najbliższym tygodniu z sieci będą mnie interesowały jedynie owoce morza ;)

Foto: http://www.flickr.com/photos/tonayo/149164330/

wtorek, 22 kwietnia 2008

Białystok ma Google Transit

Miło jest czytać miłe rzeczy o rodzinnym mieście. Zwłaszcza jeśli informacje dotyczą innowacyjności w technologii. Mowa o wykorzystaniu Google Transit przez Białostocką Komunikację Miejską. Serwis został uruchomiony pod adresem bkmplaner.pl. Strona ruszyła 1 kwietnia wg informacji ze strony głównej. Informacja w białostockiej Gazecie ukazała się jednak dopiero 18 kwietnia. To pierwsze wdrożenie Google Transit w Polsce i jedno z pierwszych w Europie!

Jest to bardzo fajna usługa umożliwiająca znalezienie najlepszego środka transportu miejskiego bez znajomości lokalizacji przystanków i numerów autobusów.
Poniżej dla przykładu wpisałem mój dokładny adres i adres mojej pracy:

Wyświetl większą mapę

Kudos dla zespołu BKM za inicjatywę. Strasznie denerwuje mnie tworzenie od podstaw rozwiązań typu miejskie rozbudowane mapy kiedy do dyspozycji są bardzo fajne aplikacje oparte o Google Maps.
Muszę jednak przyznać, że strona główna jest bardzo nieprzyjazna. Mamy tu kilka pól do wpisania i dropdowny. Dopiero za drugim podejściem odkryłem, gdzie jest narzędzie stanowiące meritum tego rozwiązania.
O wiele przyjemniej korzysta mi się z usługi via Google Transit. Ale nie od dziś wiadomo, że niewiele web developerów wie, że czasami "less is more". Chyba nikt nie wie tego lepiej od Google i Apple.
O BKMplaner można jeszcze poczytać u Bartka Raciborskiego. Zachęcam.

poniedziałek, 21 kwietnia 2008

Internet - zmieniło się wszytsko i nic

Dokopałem się do materiału video z - jak mi się wydaje - połowy lat 80-tych. Reportaż o... czymś co nazywa się internet :)
Zobaczcie sami:


Najbardziej zszokowało mnie to, że w podobnym tonie słyszeliśmy mnóstwo wypowiedzi o web 2.0 i tym co ze sobą niesie.
Historia zatacza koło. Mam jedynie nadzieję, że te krawaty nie wrócą razem z nią ;)

Źródło: http://experiencecurve.com/archives/happy-belated-birthday-internet

Martwe konie biznesu

Ostatni weekend spędziłem na pewnym szkoleniu w Jachrance nad Zalewem Zegrzyńskim. W trakcie jeden ze znajomych odebrał maila następującej treści:

Stara mądrość mówi, że kiedy odkryjemy, że koń, na którym jedziemy padł, najlepszym wyjściem jest z niego zsiąść. Jednakże w biznesie znane są również inne strategie. Między innymi:

1. Kupno mocniejszego bata.
2. Zmiana jeźdźca.
3. Zapewnienia typu "Zawsze jeździliśmy w ten sposób na tym koniu."
4. Zwołanie komisji do zbadania konia.
5. Organizowanie delegacji mających na celu sprawdzenie, jak gdzie indziej jeździ się na martwych koniach.
6. Opracowanie standardów dotyczących jazdy na martwych koniach.
7. Zatrudnienie psychologa mającego przywrócić martwemu koniowi chęć do jazdy.
8. Szkolenie dla pracowników, mające podnieść ich zdolności jeździeckie.
9. Analiza sytuacji martwych koni w dzisiejszym otoczeniu.
10. Zmiana norm, która sprawi, że koń nie zostanie uznany za martwego.
11. Zatrudnienie podwykonawców mających ujeżdżać martwego konia.
12. Zebranie wielu martwych koni dla zwiększenia szybkości.
13. Ogłoszenie, że żaden koń nie jest zbyt martwy.
14. Przeznaczenie dodatkowych środków na zwiększenie wydajności konia.
15. Przeprowadzanie analizy rynku mającej wykazać, czy podwykonawcy mogą ujeżdżać tego konia taniej.
16. Kupno produktu mającego sprawić, że martwy koń będzie biegał
szybciej.
17. Ogłoszenie, że koń jest teraz: lepszy, tańszy i szybszy.
18. Przeprowadzenie badań nad sposobami wykorzystania martwych koni.
19. Dostosowanie wymagań wydajności dla koni.
20. Ogłoszenie, że przy produkcji tego konia, koszt był zmienną egzogeniczną.
21. Uznanie obecnego stanu konia za standard.
22. Awansowanie tego konia na stanowisko kierownicze.

Do tej listy dodaliśmy jeszcze jeden punkt: Wysłać konia na trening NLP do Rożala ;)

niedziela, 13 kwietnia 2008

Chcesz sprzedawać? Bądź JEDYNY

Niedawno zostałem zapytany przez właściciela kilku e-shopów o rekomendację działań promocyjnych w internecie. Sprowokowało mnie to też do przemyśleń na temat gdzie się zaczyna i gdzie kończy marketing w e-commerce. A także możliwych sposobów prowadzenia działań promocyjnych dla sklepu internetowego.

Istnieją dwie zasadnicze możliwości promocji (będę parafrazował marketingowego guru Setha Godina):

  1. Marketing przyzwolenia (ang. permission marketing) – odpowiednia osoba, odpowiednia forma przekazu, odpowiedni moment. Zapowiedziany, osobisty, rzeczowy przekaz odbierany przez osobę, do której chcemy dotrzeć.
  2. „dociskanie imadła” – bardziej tradycyjne podejście (co nie znaczy że popularne), które we właściwej formie polega na wywieraniu właściwie rozłożonego i zwiększanego nacisku. Podejście a la imadło jest skuteczne na przykład w przypadku sieci Starbucks, lokalnego gabinetu dentystycznego czy lokalnych działaczy politycznych (też w pewnym sensie w przypadku jednego z wielu sklepów internetowych). Wystarczy często się pokazywać, często bywać w odpowiednich miejscach, wywalczyć sobie poparcie kolejnych osób, a prędzej czy później inwestycja w pocztę pantoflową zacznie się zwracać.

I posłużę się jeszcze jednym cytatem z Setha Godina:

„Większość marketerów, a zwłaszcza ci, którzy walczą o uznanie, przypomina dziecko z grzechotką. Testują jakiś chwyt, technikę lub produkt, koncentrują się na tym przez moment, po czym tracą zainteresowanie i wracają do swoich spraw. Po chwili, ogarnięci frustracją, wracają i podejmują następną próbę tylko po to, by udowodnić sobie, że usilnie starają się nagłośnić swoje przedsięwzięcie.”

Łatwo się domyślić, że ten ostatni model jest najmniej skuteczny i zapewne najmniej przyjemny w prowadzeniu.

Moim zdaniem najlepsze jest połączenie modelu „marketingu przyzwolenia” i „imadła”. Takie podejście wymaga jednak podejścia projektowego, w którym projektuje się nie tylko same działania marketingowe, ale też produkt (lub dobór produktu sprzedaży). Podejście bardziej całościowe i mające więcej wspólnego z marketingiem i projektowaniem produktu i komunikacji w internecie, niż li-tylko promocją sprzedaży.

Takie podejście wymagało by odpowiedzi na szereg pytań. Np.:

  1. Czy produkt, który sprzedajemy jest wyjątkowy?
  2. Czy produkt jaki sprzedajemy generuje konwersację? (innymi słowy czy dla określonej grupy odbiorców jest bardzo interesujący i spowoduje ze będą oni potrzebować informacji na ten temat i będą się chcieli ta informacja dzielić)
  3. Czy wiemy komu sprzedajemy produkt? Gdzie ci ludzie są w internecie? Komu ufają? Kto ma na nich wpływ? Gdzie podejmują decyzje zakupowe?
  4. Trzeba w końcu zadać sobie pytanie czy nasz e-shop efektywnie wspiera nie tylko sprzedaż, ale i komunikację z użytkownikiem.
  5. Czy jesteśmy w stanie skrócić dystans między sklepem a użytkownikiem, aby budować wśród potencjalnych kupców autorytet (jako „specjalisty w dziedzinie”) i wiarygodność („Tak, nie wciskamy wam towaru. Wiemy co i po co wam sprzedajemy”)?

Takie „projektowanie marketingowe” ma sens i może sprawić, że e-shop staje się nie tylko miejscem transakcji, ale i konwersacji.

Na poziomie produktu możemy sprzedawać choćby garnki. Pytanie brzmi, czy są one wyjątkowe? Czy są np. robione ręcznie przez gospodynie wiejskie na Podlasiu, a my jako sprzedawcy doskonale znamy producentki i proces produkcji i uważamy go za wyjątkowy? Czy jesteśmy w stanie dotrzeć do osób, które to docenią i będą w stanie zapłacić za to odpowiednią cenę? (bo przecież cena nie powinna grać pierwszej roli gdy chodzi o coś wyjątkowego). Wtedy będziemy jedynymi sprzedawcami TYCH garnków, którzy na dodatek wiedzą o nich WSZYSTKO.

A tak na końcu to zwykły człowiek powinien traktować to, że coś sprzedajemy jako naturalną konsekwencję tego, że się na czymś znamy, i że coś jest naszą pasją. Wtedy będzie ufał naszej rekomendacji i będzie wiedział, że w razie wątpliwości warto będzie się zwrócić właśnie do nas. Będziemy przecież JEDYNYMI.

To co ja nazywam wyjątkowym produktem ;)

dostępne na Allegro.

wtorek, 1 kwietnia 2008

Bez paniki! Komentarze będą odzyskane

Problem znikających komentarzy rozpoczęty przez Marcina Jagodzińskiego i rozwinięty przez Martę Klimowicz i Kubę Filipowskiego można streścić następująco:

Decentralizacja spowodowała, że treści mogą być czytane w różnych serwisach agregujących (np. wykop, blogbox, itp.). Powoduje to taki problem, że konwersacja (komentarze) jest związana z tymi serwisami, a nie ze źródłem.
Oznacza to np., że autor może nie wiedzieć, że gdzieś dyskutuje się na temat jego postu. A jeśli o tym nie wie, to nie może odnieść się do czyjejś opinii czy coś zdementować.

Łatwo się domyślić, że bloggerom bardzo zależy na tym by wiedzieć jaki wydźwięk mają publikowane przez nich treści. Konwersacja to przecież killer app blogów ;)

Prawdopodobnie problem rozwiąże fav.ot.it. Aplikacja, która umożliwi kontrolę i śledzenie konwersacji związanej z określonym źródłem. Informacje o aplikacji podał wyspiarski Techcrunch. Można tam znaleźć więcej informacji na temat rozwiązania.